sobota, 5 kwietnia 2014

Rozdział 1

     Arena wypełniona ludźmi. Dziewczyny krzyczą, uśmiechają się przez łzy. Muzyka gra głośno. A na scenie jeden artysta. Wszyscy krzyczą jego imię podczas gdy on śpiewa. Nie robi tego dla pieniędzy, sławy, robi to co kocha i tylko to się liczy.
     Justin kochał tą atmosferę. Gdy występował nie liczyło się dla niego nic, tylko on, muzyka i jego Beliebers. Wiedział, że nigdy go nie upuszczą, ale jednocześnie bał się, że je straci. Na każdym kroku starał się dawać przykład, nie chciał, żeby kiedykolwiek odebrano mu jego fanów. Nie, nie to nie byli fani. To była jego rodzina. Którą bał się stracić. Na scenie zachowywał się idealnie, jak manekin. Nie, nie jak manekin, manekin nie wczuwałby się tak bardzo i nie wkładał tyle serca w to co robi. Justin znał każdą piosenkę na pamięć, każdy krok choreografii. Kochał występować na scenie gdyby mógł robiłby to za darmo.
     Kiedy koncert dobiegał do końca, Justin nie chciał zejść ze sceny. Bał się. Bał się, że gdy tylko z niej zejdzie. Wszystko zniknie. Zniknie muzyka. Znikną tancerze. A co najgorsze znikną jego Beliebers. Nie, to nie prawda to tylko jego wyobrażenia, jego lęki, przed utratą siebie. Gdyby nie robił tego co robi teraz nie był by sobą.
     Po ostatniej piosnce Justin pożegnał się z fanami. I obdarzył ich uśmiechem. Takim jak zawsze, szczerym, promiennym., był to uśmiech idealny.
     Wrócił do garderoby. Mimo, że był już zmęczony tańcem i śpiewaniem, to bardzo chciał tam wrócić, zrobić to jeszcze raz. Dla Avalanny. Ale przecież Avalanny już nie było. Była w lepszym świecie. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Jus szybko wytarł łzy spływające mu na koszulkę.
-Justin, to ja Scooter-Odezwał się głos zza drzwi-Mogę wejść?
-Wejdź.
    Do pomieszczenia wszedł Scooter Braun, menażer Justina. Może gdyby nie on, to dzisiaj chłopak nie wystąpił by na scenie. Nie byłby tym Justinem Bieberem.
-Jutro ostatni koncert w Los Angeles, a potem z powrotem do Atlanty.
-No-Odrzekł oschle Justin.
-Jak Ci się podobała trasa?-Spróbował znowu Scooter.
-Było ok.
-Justin, o co Ci chodzi?
-O nic.
-Jak o nic? Chodzisz wiecznie obrażony na cały świat, do nikogo się nie odzywasz.
-Każdy ma gorsze dni, prawda?
-Gorsze dni, ale nie miesiące, rozmawiałem dzisiaj z Pattie.
-No i?
-Ona się o Ciebie martwi Justin, nie rozmawiasz z nią, unikasz-Powiedział oskarżycielskim tonem.
-Może nie mam ochoty?
-To nabierz tą ochotę, bo możesz ją stracić.
-Wyjdź-Rzucił znienacka Biebs.
-Wyjdę, ale pamiętaj nie możesz się wiecznie złościć i zamykać w sobie. Avalanna już do Ciebie nie wróci.
-Wyjdź!
     Tej nocy Justina męczyły koszmary senne. Co chwila w jego wyobraźni przewijały się twarze Scootera, Pattie...Avalanny. Nie mógł uwierzyć, że to już rok. Była taka bezbronna. Kochał ją całym sercem. Ale myśląc o niej nie odczuwał tylko smutku. Czuł złość. Nasilającą się z każdym dniem. Był zły na nią, za to, że zostawiła go samego w tym okrutnym świecie. Zostawiła go samego, ale nie miała wyjścia. Musiała...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz